Patryk Zbroja

adwokat

Kancelarię adwokacką prowadzi w Szczecinie. Specjalizuje się w prawie cywilnym i gospodarczym, w tym związanym z prawem morskim.
[Więcej >>>]

eBook

Podczas 12. Międzynarodowego Kongresu Morskiego w Szczecinie moderowałem panel poświęcony morskiej energetyce wiatrowej, przemysłowi morskiemu, produkcji, transportowi i logistyce.

Rozmowa była ciekawa także dlatego, że przy jednym stole spotkały się różne perspektywy rynku: inwestora, branży, administracji gospodarczej, logistyki, lokalnej technologii i standardów technicznych.

W panelu udział wzięli:

  • Janusz Bil (ORLEN Neptun),
  • Jakub Budzyński (PIMEW – Polish Offshore Wind Industry Chamber),
  • Morten Siem Lynge (Ambasada Królestwa Danii w Polsce),
  • Przemysław Hołowacz (CSL Sp. z o.o. / Klaster Offshore Wind przy Północnej Izbie Gospodarczej),
  • Daniel Kisała (Slipform),
  • Grzegorz Pettke (Polski Rejestr Statków S.A.).

Rozmawialiśmy o offshore wind nie tylko jako o projekcie energetycznym. Dużo ważniejsze okazało się pytanie, które coraz częściej wraca w dyskusjach branżowych:

ile wartości z budowy morskich farm wiatrowych zostanie w Polsce?

I nie chodzi tu wyłącznie o to, ile turbin stanie na Bałtyku.

Chodzi o to, czy polskie firmy, porty, regiony, stocznie, logistyka, technologie i usługi będą realną częścią łańcucha dostaw.

A jeszcze szerzej: czy polski łańcuch dostaw stanie się częścią konkurencyjnego łańcucha europejskiego.

Offshore wind to projekt przemysłowy, nie tylko energetyczny

Morskie farmy wiatrowe można opisywać przez megawaty, aukcje i harmonogramy. To jednak tylko część obrazu.

W praktyce offshore wind zaczyna się dużo wcześniej niż na morzu. Zaczyna się w porcie, w firmie logistycznej, w zakładzie produkcyjnym, w biurze projektowym, w stoczni, w firmie technologicznej, w banku, w ubezpieczeniach, w dziale zakupów i w dokumentacji kontraktowej.

Dlatego panel szybko przeszedł z poziomu ogólnej rozmowy o energetyce do rozmowy o gospodarce.

Bo podstawowe pytanie brzmi:

czy Polska będzie wyłącznie miejscem realizacji inwestycji, czy również miejscem tworzenia wartości?

Local content nie może być tylko hasłem

W Polsce od dobrych paru lat rozmawiamy o local content. To pojęcie jest potrzebne, ale łatwo je spłycić.

Local content nie powinien oznaczać wyłącznie procentu w prezentacji, jednorazowej deklaracji inwestora albo logo polskiej firmy w materiałach promocyjnych.

Jeżeli ma mieć rzeczywiste znaczenie, powinien oznaczać:

  • kontrakty dla polskich firm,
  • miejsca pracy,
  • kompetencje,
  • rozwój technologii,
  • zdolność do powtarzalnej realizacji zleceń,
  • udział w większych projektach,
  • finansową i organizacyjną gotowość do pracy w sektorze offshore,
  • zdolność eksportową.

W tym sensie polski local content nie powinien kończyć się na granicy Polski.

I w istocie powinien być rozumiany jako część szerszego European content — europejskiego, odpornego i konkurencyjnego łańcucha dostaw.

Nie chodzi o to, żeby polskie firmy dostawały kontrakty tylko dlatego, że są polskie. Chodzi o to, żeby były tak dobrze przygotowane, że staną się naturalnym wyborem dla inwestorów, deweloperów, dostawców technologii i firm zagranicznych.

Brakuje tego podejścia w wielu rozmawach.

Rządowa definicja komponentu krajowego — ważny punkt odniesienia

Warto w tym miejscu odesłać do tekstu Stanisława Kaupa: „Local content w energetyce wiatrowej – rządowa definicja »komponentu krajowego« i jej znaczenie”.

Stanisław pokazuje w nim, że local content zaczyna przechodzić z poziomu ogólnego postulatu gospodarczego do poziomu narzędzia zarządczego, zakupowego i kontraktowego. Omawiana w tej publikacji definicja „komponentu krajowego” nie sprowadza krajowości tylko do miejsca rejestracji Spółki. Próbuje uchwycić rzeczywisty wkład gospodarczy: miejsce wykonywania działalności, powstawania wartości dodanej, płacenia podatków, zatrudniania pracowników i trwałej obecności na polskim rynku.

To ważne, bo w offshore wind samo hasło „polska firma” nie wystarczy. Znaczenie będzie miało to, czy dana firma realnie buduje w Polsce kompetencje, zatrudnienie, zaplecze usługowe, produkcyjne albo serwisowe.

Jednocześnie local content musi być projektowany ostrożnie. W zamówieniach publicznych i projektach objętych prawem unijnym nie można po prostu przyznać preferencji dlatego, że wykonawca jest z Polski. Kryteria powinny być obiektywne, przejrzyste, proporcjonalne i związane z przedmiotem zamówienia. Bezpieczniejsze prawnie jest więc odwoływanie się do realnych potrzeb projektu: bezpieczeństwa dostaw, dostępności serwisu, czasu reakcji, kosztów cyklu życia, ograniczania ryzyk logistycznych czy zdolności utrzymaniowych.

To dobrze łączy się z wnioskami z panelu.

Local content powinien być profesjonalnie zarządzanym elementem projektu. Tak samo jak harmonogram, budżet, finansowanie, ryzyka kontraktowe i struktura łańcucha dostaw.

Lekcja duńska: nie kopiować, tylko wyciągać wnioski

Wracam jednak do Kongresu.

Bardzo ciekawą perspektywę wniósł w czasie naszego panelu Morten Siem Lynge z Ambasady Królestwa Danii.

Dania jest jednym z państw, które zbudowały wokół offshore wind silny przemysł, eksport i rozpoznawalną specjalizację gospodarczą. Ale duńska droga nie polegała na prostym narzuceniu obowiązkowego local content.

Morten mocno podkreślał, że duński sukces wynikał raczej z połączenia kilku elementów:

  • partnerstw publiczno-prywatnych,
  • funduszy innowacyjnych,
  • test centerów,
  • współpracy firm z uczelniami,
  • stabilnego rynku krajowego,
  • przewidywalnych regulacji,
  • rozwoju klastrów,
  • sprawnej administracji,
  • aktywnej promocji eksportu.

To jest ważna lekcja dla Polski.

Nie musimy kopiować Danii. Zresztą nie powinniśmy. Dania była pionierem, a Polska jest w innym momencie rozwoju rynku.

Mamy inną strukturę przemysłu, inne porty, inne zaplecze wykonawcze i inne potrzeby inwestycyjne.

Ale możemy wyciągnąć jeden bardzo praktyczny wniosek. Państwo powinno pomagać firmom (również i zwłaszcza tym prywatnym) stawać się konkurencyjnymi, zamiast koncentrować się wyłącznie na biurokratycznym mierzeniu udziału krajowego.

Nie zamykajmy się w polskim rynku

Z perspektywy Mortena bardzo mocno wybrzmiało jeszcze jedno ostrzeżenie.

Jeżeli każde państwo w Europie zacznie budować własny, zamknięty łańcuch dostaw offshore wind, przegramy tę sprawę konkurencyjnie. Zamiast silnego rynku europejskiego powstanie zbiór lokalnych, droższych i mniej efektywnych systemów.

Ryzyka są poważne:

  • wzrost kosztów,
  • opóźnienia,
  • mniejsza innowacyjność,
  • słabsza konkurencyjność wobec Chin,
  • ryzyko używania niedoświadczonych dostawców,
  • wyższe ceny energii,
  • krótkotrwałe miejsca pracy bez trwałej specjalizacji.

Dlatego polskie firmy powinny myśleć szerzej. Celem nie powinno być tylko wejście do polskich projektów. Celem powinno być wejście do europejskiego rynku offshore wind.

Polska firma nie powinna być „lokalnym dodatkiem” do projektu. Powinna być partnerem, bez którego trudno zrealizować projekt dobrze, terminowo i bezpiecznie.

Twarde realia polskich MŚP

Z kolei Jakub Budzyński z PIMEW bardzo mocno zwrócił uwagę na realia polskich małych i średnich przedsiębiorstw.

W dyskusjach o local content czasami łatwo powiedzieć: „polskie firmy powinny wejść do łańcucha dostaw”.

Tylko że offshore wind to nie jest zwykły rynek. Dla MŚP wejście do tego sektora oznacza zderzenie z twardymi wymaganiami:

  • długi czas oczekiwania na płatności,
  • konieczność finansowania kontraktu ze środków własnych,
  • zakup surowców przed otrzymaniem wynagrodzenia,
  • zapewnienie ludzi i sprzętu,
  • bardzo wysokie wymagania dotyczące gwarancji finansowych,
  • wysokie ryzyka kontraktowe,
  • pracę w środowisku morskim,
  • konieczność budowy referencji,
  • dużą skalę zamówień.

Dlatego samo hasło „wspierajmy polskie firmy” nie wystarczy.

Potrzebny jest krótki, konkretny i dobrze zaprojektowany katalog instrumentów wsparcia dla MŚP.

Taki katalog mógłby obejmować:

  • instrumenty gwarancyjne,
  • finansowanie pomostowe,
  • preferencyjne pożyczki,
  • wsparcie w zabezpieczeniach kontraktowych,
  • szkolenia z kontraktów offshore,
  • pomoc w przygotowaniu ofert,
  • wsparcie w tworzeniu konsorcjów,
  • programy budowy referencji,
  • promocję zagraniczną.

To nie jest „miękki” temat promocyjny. To jest realny temat prawny, finansowy i gospodarczy.

Bez instrumentów wsparcia wiele polskich firm nie przegra dlatego, że nie ma kompetencji. Przegra dlatego, że nie będzie w stanie udźwignąć wymagań finansowych i kontraktowych rynku offshore.

Polscy inwestorzy też mają swoją rolę

Ważny wątek dotyczył również roli polskich inwestorów (takich jak Orlen Neptun) w relacjach z partnerami zagranicznymi.

Jeżeli polski inwestor wchodzi w joint venture z dużym zagranicznym graczem, powinien już na etapie strukturyzowania współpracy rozmawiać o udziale lokalnych dostawców.

Nie chodzi o naruszanie zasad konkurencji i hard law, które by to wymuszało (spory przed Komisją Europejską z wielomilionowymi odszkodowaniami byłyby wtedy pewne).

Chodzi o faktyczne zarządzanie projektem i łańcuchem dostaw.

W praktyce może to oznaczać:

  • wczesny dialog z polskimi dostawcami,
  • supplier days,
  • dzielenie zamówień na pakiety dostępne dla MŚP,
  • promowanie konsorcjów,
  • zachęcanie zagranicznych partnerów do współpracy z polskimi firmami,
  • budowanie ścieżek wejścia dla tier 2 i tier 3 suppliers,
  • stopniowe przesuwanie polskich firm wyżej w łańcuchu wartości.

To są narzędzia, które można projektować zgodnie z prawem i w sposób biznesowo racjonalny. I dobrze, że nasi czempioni ten temat nareszcie dostrzegają.

Państwo powinno korzystać z soft power

W panelu wybrzmiało też, że administracja rządowa powinna bardziej świadomie korzystać z tzw. soft power.

Duzi zagraniczni inwestorzy korzystają z polskiego rynku, systemu wsparcia, kontraktów różnicowych i rosnącej wartości aktywów. Państwo nie musi więc pozostawać biernym obserwatorem.

Nie chodzi jednak tutaj o ręczne sterowanie rynkiem. Chodzi o dojrzałą politykę przemysłową.

Administracja może oczekiwać od dużych inwestorów:

  • dialogu z polskimi dostawcami,
  • przejrzystych planów współpracy z lokalnym rynkiem,
  • udziału polskich firm w łańcuchu dostaw,
  • programów szkoleniowych,
  • transferu kompetencji,
  • partnerstw z polskimi firmami,
  • realnego zakorzenienia projektów w regionach.

To powinno być prowadzone asertywnie, ale rozsądnie. Nie w logice protekcjonizmu, lecz w logice budowania zdolności przemysłowych.

Pomorze Zachodnie: local content zaczyna się w regionie

Bardzo ważną perspektywę wniósł Przemysław Hołowacz z CSL, świeżo wybrany Prezes Klastra Offshore Wind przy Północnej Izbie Gospodarczej.

Offshore wind nie dzieje się w abstrakcji. Dzieje się w konkretnych regionach.

Dla Pomorza Zachodniego to ogromna szansa. Region ma naturalne atuty:

  • porty,
  • położenie,
  • logistykę,
  • spedycję,
  • transport ponadgabarytowy,
  • zaplecze stoczniowe,
  • usługi morskie,
  • magazynowanie,
  • kompetencje techniczne.

Ale sam potencjał nie wystarczy.

Potrzebna jest regionalna oferta dla inwestorów. Potrzebna jest mapa kompetencji. Potrzebne są klastry, które nie będą jedynie miejscem spotkań, lecz narzędziem realnego włączania firm w projekty.

Local content często zaczyna się od mniejszych firm, które nie budują turbin, ale potrafią dostarczyć usługę, transport, magazyn, zespół, serwis, obsługę portową albo element większego procesu.

To właśnie tam może powstać trwała wartość dla regionu.

Lokalne technologie potrzebują pierwszej szansy

Daniel Kisała ze Slipform pokazał jeszcze inną perspektywę – lokalnej firmy technologicznej, która ma konkretne rozwiązanie i chce wejść do wymagającego rynku.

To jeden z najtrudniejszych problemów offshore wind.

Rynek potrzebuje innowacji, ale jednocześnie jest bardzo ostrożny. Wymaga referencji, doświadczenia, gwarancji, ubezpieczeń, stabilności finansowej i sprawdzonych procedur.

Powstaje klasyczne błędne koło, gdzie firma potrzebuje referencji, żeby wejść do projektu, ale nie zdobędzie referencji, jeśli nikt nie da jej pierwszej szansy.

Dlatego potrzebne są:

  • pilotaże,
  • projekty demonstracyjne,
  • partnerstwa z większymi firmami,
  • wsparcie uczelni,
  • rozsądny podział ryzyk,
  • dostęp do inwestorów,
  • programy dla firm technologicznych,
  • wsparcie w przejściu od rozwiązania lokalnego do produktu eksportowego.

Jeżeli tego nie zrobimy, polskie firmy pozostaną na niższych poziomach podwykonawstwa. A większa część wartości technologicznej zostanie poza Polską.

Potrzebna jest długookresowa strategia przemysłowa

Najważniejszy wniosek z panelu, w mojej ocenie, jest jednak szerszy.

Polska potrzebuje długookresowej strategii przemysłowej dla offshore wind.

Nie tylko strategii energetycznej. Nie tylko harmonogramu aukcji. Nie tylko listy projektów.

Potrzebujemy odpowiedzi na pytanie, jaką rolę Polska chce odegrać w europejskim przemyśle offshore wind?

Taka strategia jest istotna, bo:

  • daje firmom przewidywalność potrzebną do inwestowania w ludzi, sprzęt i technologie,
  • pozwala lepiej koordynować działania wielu resortów,
  • łączy energetykę z przemysłem, portami, logistyką, edukacją, finansami i eksportem,
  • ułatwia planowanie inwestycji w porty, drogi, kolej i sieci,
  • pozwala wcześniej identyfikować luki w łańcuchu dostaw,
  • pomaga tworzyć instrumenty wsparcia dla MŚP,
  • umożliwia budowę polskich specjalizacji eksportowych,
  • zmniejsza ryzyko, że Polska będzie tylko rynkiem zbytu dla zagranicznych technologii,
  • wzmacnia pozycję negocjacyjną polskich inwestorów,
  • pozwala wpisać polski local content w szerszy European content.

Offshore wind jest inwestycją na dekady. Nie da się go rozwijać skutecznie w logice jednej politycznej kadencji, jednego programu dotacyjnego albo jednej aukcji.

Bardzo takiej strategii na poziomie rządowym brakuje (zdecydowanie bardziej niż nowych polskich promów ;).

Strategia offshore wind musi być dopasowana do strategii przemysłowej

Strategia rozwoju offshore wind w Polsce powinna być powiązana ze strategią przemysłową.

To oznacza, że przy planowaniu aukcji, portów, sieci, infrastruktury i systemów wsparcia trzeba równolegle pytać:

  • jakie firmy mogą na tym skorzystać,
  • jakie kompetencje chcemy budować w Polsce,
  • które segmenty łańcucha dostaw są dla nas realne,
  • gdzie potrzebujemy partnerów zagranicznych,
  • gdzie możemy budować własną specjalizację,
  • jak przygotować MŚP do kontraktów,
  • jak wesprzeć eksport polskich usług i technologii,
  • jak wejść do rynku europejskiego, a nie zamknąć się w rynku krajowym.

Bez takiego podejścia offshore wind pozostanie przede wszystkim projektem energetycznym.

Natomiast z takim strategicznym podejściem może stać się projektem rozwoju przemysłu morskiego, jako ważnego elementu strategii przemysłowej państwa.

Dyplomacja gospodarcza musi mocniej wejść do gry

Co jeszcze?

Jeżeli chcemy, żeby polskie firmy były częścią European content, trzeba je aktywnie pokazywać za granicą.

Polska dyplomacja gospodarcza powinna mocniej wspierać sektor offshore wind. Wizyty zagraniczne przedstawicieli państwa w krajach z rozwiniętym rynkiem offshore powinny odbywać się z udziałem delegacji polskich firm.

Potrzebna jest także bliższa współpraca PAIH (lub innych celowych agencji) z organizacjami branżowymi, izbami gospodarczymi i klastrami regionalnymi.

Nie wystarczy mówić, że mamy potencjał. Trzeba go pokazywać inwestorom, deweloperom, firmom instalacyjnym, producentom i dostawcom technologii.

Kto powinien to wszystko koordynować?

Offshore wind jest wielosektorowy. Dotyka energetyki, portów, przemysłu, finansowania, podatków, infrastruktury, edukacji, środowiska, zamówień, bezpieczeństwa i relacji międzynarodowych.

Kompetencje są rozproszone między wiele resortów i instytucji.

Dlatego warto rozważyć, co podkreślam ponownie w duchu rekomendacji czołowych branżowych stowarzyszeń (PSEW i PIMEW) powołanie przy KPRM Pełnomocnika ds. offshore wind, sprofilowanego przemysłowo.

Nie tylko energetycznie.

Taka funkcja mogłaby koordynować działania dotyczące:

  • przemysłu,
  • portów,
  • logistyki,
  • finansowania,
  • promocji zagranicznej,
  • kadr,
  • instrumentów wsparcia MŚP,
  • współpracy międzyresortowej,
  • relacji z inwestorami,
  • rozwoju regionalnych hubów offshore.

Bez silnej koordynacji łatwo będzie rozproszyć wysiłki. A offshore wind nie wybacza chaosu organizacyjnego.

Najważniejszy wniosek

Po Kongresie i naszym panelu mam nadal podstawowe przekonanie.

Polska ma realną szansę, aby offshore wind był czymś więcej niż tylko budową farm wiatrowych na Bałtyku.

Może być impulsem dla portów, logistyki, stoczni, firm technologicznych, usług morskich, transportu, edukacji i eksportu.

Ale to się nie wydarzy automatycznie.

Potrzebujemy mniej deklaracji, a więcej narzędzi.

Mniej przypadkowych działań, a więcej strategii.

Mniej polityki (ograniczonej do realizowania takich programów, które pozwolą na zdobycie i utrzymanie władzy), a więcej myślenia rynkowego.

Ale mniej myślenia wyłącznie o krajowym rynku, a więcej ambicji europejskiej.

Bo prawdziwym celem nie powinno być to, żeby polskie firmy były chronione przed konkurencją.

Prawdziwym celem powinno być to, żeby polskie firmy były tak dobre, że staną się niezbędną częścią europejskiego łańcucha dostaw offshore wind.

 

Pozdrawiam

Patryk Zbroja

adwokat

Cieśnina Ormuz (Strait of Hormuz) ma tylko kilkadziesiąt kilometrów szerokości. A jednak jej znaczenie jest globalne. Łączy Zatokę Perską z Zatoką Omańską i Oceanem Indyjskim. Przez ten akwen przechodzą tankowce, gazowce LNG, masowce, kontenerowce i statki obsługujące handel między państwami Zatoki a resztą świata.

W normalnych warunkach to jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych na świecie.

W warunkach konfliktu staje się jednak czymś więcej niż trasą handlową. Staje się testem dla prawa morza, prawa konfliktów zbrojnych, ubezpieczeń morskich, bezpieczeństwa załóg i odporności globalnych łańcuchów dostaw.

Według IEA (The International Energy Agency) przez Cieśninę Ormuz w 2025 r. przewożono średnio ok. 20 mln baryłek ropy i produktów ropopochodnych dziennie. To ok. 25% światowego handlu ropą transportowaną drogą morską. IEA wskazuje też, że przez Ormuz przechodzi ok. 19% światowego handlu LNG, w tym większość eksportu LNG z Kataru i ZEA.

Dla gospodarki morskiej to nie jest więc odległy problem geopolityczny. To temat, który bezpośrednio dotyczy armatorów, czarterujących, operatorów terminali, ubezpieczycieli, banków finansujących obrót morski oraz samych marynarzy.

Dlaczego Cieśnina Ormuz jest tak ważna

Cieśnina Ormuz nie jest kanałem, jak Suez czy Panama. To naturalna cieśnina międzynarodowa. Leży między Iranem a Omanem. W najwęższym miejscu ma ok. 33-34 km szerokości, czyli ok. 20–21 mil morskich.

To oznacza, że w jej przypadku nie możemy mówić o „wodach międzynarodowych” w prostym znaczeniu tego słowa. Znaczna część akwenu znajduje się bowiem w obrębie morza terytorialnego Iranu i Omanu.

Czytaj dalej >>>

Wróciłem właśnie z kolegami z załogi YKP Szczecin z regatowego wyjazdu w Kalifornii.

Poniżej parę fajnych fotografii z tego wydarzenia od organizatorów (Long Beach Yacht Club, fot. Bronny Daniels), oczywiście dla przyciągnięcia uwagi:

A po drodze widziałem to, co w południowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych rzuca się w oczy bardzo szybko: panele fotowoltaiczne, farmy solarne i lądowe turbiny wiatrowe.

Podobnie w Arizonie i Nevadzie — ogromna przestrzeń, pustynny krajobraz, autostrady i energetyka odnawialna widoczna z samochodu (fot. Ł. Czaja).

Czytaj dalej >>>

Swoista opera mydlana pod tytułem „upadłość ST3” wreszcie zmierza ku końcowi.

Co więcej, na koniec kwietnia wierzyciele II i III kategorii otrzymali 100% swoich należności

Zwrot akcji jak w dobrym serialu!

To dobry moment, aby całą tę historię podsumować w telegraficznym skrócie. 

Zdjęcie, z czasów prosperity zakładu, dla przyciągnięcia uwagi.

Początki ST3

ST3 Offshore została założona w 2012 roku jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Wówczas pod firmę KSO sp. z o.o. Jej celem było produkowanie stalowych fundamentów — pośrednich, kratownicowych i monopalowych — dla morskich farm wiatrowych.  

Zakład powstał na Ostrowie Brdowskim w Szczecinie. To strategiczna lokalizacja, dawała dostęp drogą wodną do Bałtyku i dalej do Morza Północnego. Na teren zakł prowadzi, do dziś, słynny niebieski most, który już stał się ikoną. 

Czytaj dalej >>>

To zwykle nie zaczyna się od Excela, checklisty ani rozmowy o podatkach.

Zaczyna się dużo prościej.

Od zdjęcia jachtu, które nagle zostaje z Tobą na dłużej.

Od myśli, że dobrze byłoby mieć w tym sezonie „coś swojego”.

Od wyobrażenia pierwszego wyjścia z mariny, zachodu słońca w zatoce, porannej kawy na pokładzie i planów, które nagle przestają być tylko planami.

Potem dzieje się już szybko.

Oglądasz kolejne oferty. Porównujesz długość, rocznik, wyposażenie. W głowie układa się scenariusz: jeszcze tylko obejrzeć, dogadać cenę, podpisać papiery i można zaczynać sezon.

I właśnie wtedy najłatwiej wpaść w pułapkę.

Bo przy zakupie jachtu wszystko, co najprzyjemniejsze, dzieje się na początku.

Emocje są pierwsze.

Rozsądek często dobiega chwilę później. A dokumenty, formalności i pytania, których nikt nie chce sobie zadawać w tym „fajnym momencie”, potrafią wrócić wtedy, gdy jest już za późno.

  • Czy sprzedający rzeczywiście może sprzedać ten jacht?
  • Czy na pewno wiadomo, co dokładnie kupujesz razem z jednostką?
  • Czy ktoś dobrze opisał stan techniczny?
  • Co, jeśli po odbiorze wyjdą wady?
  • Co z VAT-em, PCC, rejestracją, banderą (czy na pewno biało-czerwona jest atrakcyjna), pozwoleniem radiowym albo ubezpieczeniem?
  • I co z tego wszystkiego „jakoś się zrobi”, a co naprawdę trzeba ustalić wcześniej?

eBook Bezpieczne nabycie jachtu

Właśnie z takich sytuacji powstał nasz eBook „Bezpieczne nabycie jachtu”:

Nie po to, żeby odbierać komukolwiek radość z zakupu. Wręcz przeciwnie. Po to, żeby ta radość nie skończyła się zaraz po podpisaniu umowy.

To przewodnik dla osób, które są przed zakupem albo sprzedażą jachtu i chcą podejść do tego spokojnie.

Bez prawniczego nadęcia. Bez dziesiątek niezrozumiałych pojęć. Za to z konkretem, który naprawdę przydaje się wtedy, gdy zbliża się moment decyzji.

Czytaj dalej >>>