Patryk Zbroja

adwokat

Kancelarię adwokacką prowadzi w Szczecinie. Specjalizuje się w prawie cywilnym i gospodarczym, w tym związanym z prawem morskim.
[Więcej >>>]

eBook

Trwa sezon konferencyjny. Branża offshore wind, porty, stocznie, gospodarka morska i infrastruktura spotykają się na panelach, kongresach i śniadaniach eksperckich. Rozmawiamy o łańcuchach dostaw, local content, portach instalacyjnych, kablach, statkach serwisowych, ryzykach projektowych i terminach, które już na etapie slajdu numer trzy wyglądają na opóźnione.

I w tym całym słownym morskim wietrze nadal często słyszę dwa określenia:

„kontraktacja”
oraz
„ofertacja”.

Nie jest to oczywiście największy problem świata.

Nie jest to też kwestia, przez którą trzeba przerywać panel, wyłączać mikrofon i wzywać zespół kryzysowy.

Paneliści wiedzą, co chcą powiedzieć. Słuchacze zwykle też rozumieją. Najczęściej chodzi po prostu o zawieranie umów, przygotowywanie ofert, proces zakupowy albo negocjacje handlowe.

Ale jednak coś tu zgrzyta. Zwłaszcza jak ma się lekko prawnicze zacięcie.

Przedstawiciele branży offshore wind i szeroko pojętej gospodarki morskiej powinni mówić precyzyjnie. Nie dlatego, że każdy panel ma brzmieć jak komentarz do Kodeksu cywilnego. Raczej dlatego, że w tej branży słowa często zamieniają się w zobowiązania. A zobowiązania — w pieniądze, terminy, roszczenia i odpowiedzialność.

Kontraktacja, czyli nie wszystko, co brzmi kontraktowo, jest kontraktowaniem

Zacznijmy od „kontraktacji”.

W języku potocznym ktoś może powiedzieć: „jesteśmy na etapie kontraktacji wykonawców”. I wiadomo, że chodzi o to, że spółka prowadzi rozmowy, negocjuje warunki i zawiera umowy.

Problem w tym, że w prawie cywilnym kontraktacja nie jest eleganckim synonimem kontraktowania.

To konkretna umowa nazwana z Kodeksu cywilnego. I to nie byle jaka, bo dotycząca (sic!) produkcji rolnej.

Zgodnie z art. 613 § 1 Kodeksu cywilnego:

„Przez umowę kontraktacji producent rolny zobowiązuje się wytworzyć i dostarczyć kontraktującemu oznaczoną ilość produktów rolnych określonego rodzaju, a kontraktujący zobowiązuje się te produkty odebrać w terminie umówionym, zapłacić umówioną cenę oraz spełnić określone świadczenie dodatkowe, jeżeli umowa lub przepisy szczególne przewidują obowiązek spełnienia takiego świadczenia.”

Czyli mówiąc obrazowo:
kontraktacja to bardziej pszenica, buraki i rzepak niż turbiny, kable i fundamenty monopile.

Oczywiście język biznesowy żyje własnym życiem. Czasem „kontraktacja” funkcjonuje jako skrót myślowy od „pozyskiwania kontraktów” albo „zawierania kontraktów”.

I nie jest to zbrodnia językowa, a raczej drobne wykroczenie.

Tylko że w ustach poważnego inwestora, wykonawcy tier 1 albo przedstawiciela sektora infrastrukturalnego, a już tym bardziej prawnika brzmi to trochę tak, jakbyśmy w panelu o portach instalacyjnych nagle zaczęli mówić o skupie płodów rolnych. Czyli niezbyt profesjonalnie.

Kontraktowanie jest bezpieczniejsze

Jeżeli chcemy powiedzieć, że ktoś zawiera umowy, negocjuje kontrakty albo buduje portfel zamówień, mamy prostsze i lepsze słowa:

  • kontraktowanie,
  • zawieranie umów,
  • negocjowanie umów,
  • pozyskiwanie kontraktów,
  • proces zakupowy,
  • proces wyboru wykonawców,
  • zamawianie usług lub dostaw.

Każde z tych określeń jest bardziej neutralne i mniej rolnicze.

Przykład?

Zamiast:

„Jesteśmy na etapie kontraktacji dostawców dla projektu offshore wind.”

Lepiej:

„Jesteśmy na etapie kontraktowania dostawców dla projektu offshore wind.”

Albo jeszcze prościej:

„Jesteśmy na etapie zawierania umów z dostawcami dla projektu offshore wind.”

Od razu wiadomo, o co chodzi. Bez ryzyka, że ktoś z sali zacznie szukać w projekcie kombajnu.

A co z tą„ofertacją”

Z „ofertacją” sprawa jest może nawet ciekawsza niż z „kontraktacją”.

Bo „kontraktacja” przynajmniej istnieje w języku polskim i języku prawniczym.

„Ofertacja” ma natomiast ten problem, że brzmi bardzo profesjonalnie, ale po bliższym spojrzeniu zaczyna przypominać słowo, które założyło kask, kamizelkę odblaskową i weszło na plac budowy bez przepustki.

W podstawowych słownikach języka polskiego trudno traktować „ofertację” jako utrwalone, standardowe hasło. Słowniki spokojnie radzą sobie bez niej. Mamy „ofertę”. Mamy „oferować”. Mamy „ofertowy”. W użyciu pojawia się też „ofertować”, czyli składać ofertę, zwłaszcza w kontekście przetargowym.

Ale „ofertacja”?

To już raczej język sal konferencyjnych, zakupów, slajdów i tabel w Excelu niż słowo, które koniecznie trzeba wnosić na sztandary poprawnej polszczyzny.

Jeżeli chcemy powiedzieć, że ktoś przygotowuje ofertę — powiedzmy, że przygotowuje ofertę.
Jeżeli ktoś składa ofertę — powiedzmy, że składa ofertę.
Jeżeli zamawiający zbiera oferty — powiedzmy, że zbiera oferty.
Jeżeli trwa etap wyboru wykonawcy — powiedzmy, że trwa proces ofertowy albo postępowanie ofertowe.

Prościej. Czytelniej.

Bez tworzenia językowej konstrukcji wsporczej tam, gdzie wystarczy zwykły pomost.

Oferta to nie tylko folder z ceną

Przy okazji warto pamiętać, że słowo „oferta” też ma swoje prawne znaczenie.

Zgodnie z art. 66 § 1 Kodeksu cywilnego:

„Oświadczenie drugiej stronie woli zawarcia umowy stanowi ofertę, jeżeli określa istotne postanowienia tej umowy.”

To oznacza, że oferta nie jest tylko ładnym PDF-em z logo, tabelką i zdaniem: „niniejsza propozycja nie stanowi oferty w rozumieniu Kodeksu cywilnego”.

Oferta może wywoływać skutki prawne. Może wiązać. Może prowadzić do zawarcia umowy przez jej przyjęcie. Dlatego w obrocie gospodarczym warto wiedzieć, kiedy składamy rzeczywistą ofertę, kiedy tylko zapraszamy do rozmów, a kiedy przesyłamy materiał informacyjny.

I właśnie dlatego „ofertacja” nie pomaga. Zaciemnia prostą rzecz.

Jeżeli ktoś składa ofertę — powiedzmy, że składa ofertę.

Jeżeli ktoś zbiera oferty — powiedzmy, że zbiera oferty.

Jeżeli ktoś prowadzi proces wyboru wykonawcy — powiedzmy, że prowadzi proces wyboru wykonawcy.

Świat od tego nie stanie się mniej ekspercki. Stanie się bardziej zrozumiały.

Skąd to się bierze

Żeby było jasne: rozumiem, skąd biorą się te słowa.

Rynek offshore wind, gospodarka morska, porty, energetyka i infrastruktura na co dzień pracują po angielsku. W dokumentach, umowach, prezentacjach i rozmowach pojawiają się: contracting, procurement, tendering, bidding, offering, contract award, supply chain.

Potem te pojęcia wracają do języka polskiego. Czasem w garniturze. Czasem w kamizelce asekuracyjnej. A czasem jako dziwna kalka, która niby wygląda znajomo, ale po polsku zaczyna żyć własnym życiem.

Problem polega na tym, że angielskie contracting to nie jest polska kontraktacja w rozumieniu Kodeksu cywilnego. W praktyce biznesowej bliżej mu do kontraktowania, zawierania umów, organizowania procesu zakupowego albo pozyskiwania wykonawców.

Podobnie angielskie tendering, bidding czy offering nie muszą zamieniać się w polską „ofertację”. Najczęściej spokojnie wystarczy: proces ofertowy, składanie ofert, zbieranie ofert, przetarg, zapytanie ofertowe albo postępowanie zakupowe.

Innymi słowy: rozumiem angielskie źródło problemu. Sam też funkcjonuję w branży, w której połowa dokumentów zaczyna się po angielsku, druga połowa kończy po polsku, a po drodze wszyscy udają, że „deadline” to już nie anglicyzm, tylko element krajobrazu.

Ale właśnie dlatego warto czasem zrobić mały językowy przegląd techniczny.

Bo contracting można spokojnie przetłumaczyć jako kontraktowanie.
A tendering albo bidding jako proces ofertowy, postępowanie ofertowe albo składanie ofert.

Nie trzeba od razu wypływać w „kontraktację” i „ofertację”. Szczególnie gdy pierwsza zabiera nas na pole uprawne, a druga wygląda, jakby dopiero czekała na decyzję słownika o warunkach zabudowy.

Dlaczego to ma znaczenie w offshore wind i gospodarce morskiej

Przy dużych inwestycjach morskich jedno słowo może oznaczać etap projektu, obowiązek, ryzyko, termin albo podstawę roszczenia. Inaczej mówi inwestor. Inaczej wykonawca. Inaczej podwykonawca. Inaczej bank, ubezpieczyciel, port, administracja morska albo doradca techniczny.

Jeżeli mówimy niedokładnie, to przez chwilę jest wygodniej. Ale później ktoś musi doprecyzować, co właściwie miało zostać powiedziane.

A w projektach infrastrukturalnych doprecyzowanie po czasie bywa droższe niż precyzja na początku.

Dlatego nie chodzi tutaj o jakiś językowy snobizm. Nie chodzi też o to, żeby każdą wypowiedź na panelu zamienić w opinię prawną z przypisami.

Chodzi o prostą zasadę, żeby mówić tak, żeby ludzie rozumieli, a prawnicy nie musieli nerwowo poprawiać okularów.

Mały słownik konferencyjny

Na potrzeby nadchodzących paneli, debat i wystąpień proponuję więc mały słownik ratunkowy.

Zamiast: „kontraktacja wykonawców”
Lepiej: „kontraktowanie wykonawców” albo „zawieranie umów z wykonawcami”.

Zamiast: „jesteśmy w kontraktacji”
Lepiej: „jesteśmy na etapie negocjowania i zawierania umów”.

Zamiast: „ofertacja ruszy w trzecim kwartale”
Lepiej: „proces ofertowy ruszy w trzecim kwartale”.

Zamiast: „prowadzimy ofertację”
Lepiej: „zbieramy oferty” albo „prowadzimy postępowanie ofertowe”.

Zamiast: „zamknęliśmy kontraktację”
Lepiej: „zawarliśmy umowy” albo „zakończyliśmy proces kontraktowania”.

Zamiast: „jesteśmy po ofertacji”
Lepiej: „zakończyliśmy etap składania ofert” albo „wybraliśmy wykonawcę po procesie ofertowym”.

Język też jest infrastrukturą

Branża morska i offshore wind dużo mówi dziś o infrastrukturze. O portach, nabrzeżach, drogach dojazdowych, zapleczu produkcyjnym, statkach i sieciach.

Ale język też jest pewnym rodzajem infrastruktury. I to czasem infrastruktury krytycznej, którą warto chronić.

Jeżeli jest prosty, precyzyjny i dobrze utrzymany — ułatwia współpracę.
Jeżeli jest przeładowany modnymi słowami — zaczyna przeszkadzać.

A jeżeli „kontraktację” oderwiemy całkiem od jej kodeksowego znaczenia, to jeszcze chwila i na panelu o offshore wind ktoś zapyta, ile hektarów zajmuje ferma (zamiast farma) wiatrowa. I nie będzie wiadomo, czy chodzi o obszar morski, czy o zbiory ziemniaków.

Dlatego moja uprzejma konferencyjna prośba brzmi:

kontraktujmy, zawierajmy umowy, składajmy oferty, prowadźmy procesy ofertowe.

A „kontraktację” zostawmy tam, gdzie Kodeks cywilny ją umieścił — bliżej producenta rolnego niż fundamentu turbiny wiatrowej.

Pozdrawiam serdecznie!

Patryk Zbroja

adwokat

Podczas 12. Międzynarodowego Kongresu Morskiego w Szczecinie moderowałem panel poświęcony morskiej energetyce wiatrowej, przemysłowi morskiemu, produkcji, transportowi i logistyce.

Rozmowa była ciekawa także dlatego, że przy jednym stole spotkały się różne perspektywy rynku: inwestora, branży, administracji gospodarczej, logistyki, lokalnej technologii i standardów technicznych.

W panelu udział wzięli:

  • Janusz Bil (ORLEN Neptun),
  • Jakub Budzyński (PIMEW – Polish Offshore Wind Industry Chamber),
  • Morten Siem Lynge (Ambasada Królestwa Danii w Polsce),
  • Przemysław Hołowacz (CSL Sp. z o.o. / Klaster Offshore Wind przy Północnej Izbie Gospodarczej),
  • Daniel Kisała (Slipform),
  • Grzegorz Pettke (Polski Rejestr Statków S.A.).

Rozmawialiśmy o offshore wind nie tylko jako o projekcie energetycznym. Dużo ważniejsze okazało się pytanie, które coraz częściej wraca w dyskusjach branżowych:

ile wartości z budowy morskich farm wiatrowych zostanie w Polsce?

I nie chodzi tu wyłącznie o to, ile turbin stanie na Bałtyku.

Chodzi o to, czy polskie firmy, porty, regiony, stocznie, logistyka, technologie i usługi będą realną częścią łańcucha dostaw.

Czytaj dalej >>>

Cieśnina Ormuz (Strait of Hormuz) ma tylko kilkadziesiąt kilometrów szerokości. A jednak jej znaczenie jest globalne. Łączy Zatokę Perską z Zatoką Omańską i Oceanem Indyjskim. Przez ten akwen przechodzą tankowce, gazowce LNG, masowce, kontenerowce i statki obsługujące handel między państwami Zatoki a resztą świata.

W normalnych warunkach to jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych na świecie.

W warunkach konfliktu staje się jednak czymś więcej niż trasą handlową. Staje się testem dla prawa morza, prawa konfliktów zbrojnych, ubezpieczeń morskich, bezpieczeństwa załóg i odporności globalnych łańcuchów dostaw.

Według IEA (The International Energy Agency) przez Cieśninę Ormuz w 2025 r. przewożono średnio ok. 20 mln baryłek ropy i produktów ropopochodnych dziennie. To ok. 25% światowego handlu ropą transportowaną drogą morską. IEA wskazuje też, że przez Ormuz przechodzi ok. 19% światowego handlu LNG, w tym większość eksportu LNG z Kataru i ZEA.

Dla gospodarki morskiej to nie jest więc odległy problem geopolityczny. To temat, który bezpośrednio dotyczy armatorów, czarterujących, operatorów terminali, ubezpieczycieli, banków finansujących obrót morski oraz samych marynarzy.

Dlaczego Cieśnina Ormuz jest tak ważna

Cieśnina Ormuz nie jest kanałem, jak Suez czy Panama. To naturalna cieśnina międzynarodowa. Leży między Iranem a Omanem. W najwęższym miejscu ma ok. 33-34 km szerokości, czyli ok. 20–21 mil morskich.

To oznacza, że w jej przypadku nie możemy mówić o „wodach międzynarodowych” w prostym znaczeniu tego słowa. Znaczna część akwenu znajduje się bowiem w obrębie morza terytorialnego Iranu i Omanu.

Czytaj dalej >>>

Wróciłem właśnie z kolegami z załogi YKP Szczecin z regatowego wyjazdu w Kalifornii.

Poniżej parę fajnych fotografii z tego wydarzenia od organizatorów (Long Beach Yacht Club, fot. Bronny Daniels), oczywiście dla przyciągnięcia uwagi:

A po drodze widziałem to, co w południowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych rzuca się w oczy bardzo szybko: panele fotowoltaiczne, farmy solarne i lądowe turbiny wiatrowe.

Podobnie w Arizonie i Nevadzie — ogromna przestrzeń, pustynny krajobraz, autostrady i energetyka odnawialna widoczna z samochodu (fot. Ł. Czaja).

Czytaj dalej >>>

Swoista opera mydlana pod tytułem „upadłość ST3” wreszcie zmierza ku końcowi.

Co więcej, na koniec kwietnia wierzyciele II i III kategorii otrzymali 100% swoich należności

Zwrot akcji jak w dobrym serialu!

To dobry moment, aby całą tę historię podsumować w telegraficznym skrócie. 

Zdjęcie, z czasów prosperity zakładu, dla przyciągnięcia uwagi.

Początki ST3

ST3 Offshore została założona w 2012 roku jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Wówczas pod firmę KSO sp. z o.o. Jej celem było produkowanie stalowych fundamentów — pośrednich, kratownicowych i monopalowych — dla morskich farm wiatrowych.  

Zakład powstał na Ostrowie Brdowskim w Szczecinie. To strategiczna lokalizacja, dawała dostęp drogą wodną do Bałtyku i dalej do Morza Północnego. Na teren zakł prowadzi, do dziś, słynny niebieski most, który już stał się ikoną. 

Czytaj dalej >>>