Trwa sezon konferencyjny. Branża offshore wind, porty, stocznie, gospodarka morska i infrastruktura spotykają się na panelach, kongresach i śniadaniach eksperckich. Rozmawiamy o łańcuchach dostaw, local content, portach instalacyjnych, kablach, statkach serwisowych, ryzykach projektowych i terminach, które już na etapie slajdu numer trzy wyglądają na opóźnione.
I w tym całym słownym morskim wietrze nadal często słyszę dwa określenia:
„kontraktacja”
oraz
„ofertacja”.
Nie jest to oczywiście największy problem świata.
Nie jest to też kwestia, przez którą trzeba przerywać panel, wyłączać mikrofon i wzywać zespół kryzysowy.
Paneliści wiedzą, co chcą powiedzieć. Słuchacze zwykle też rozumieją. Najczęściej chodzi po prostu o zawieranie umów, przygotowywanie ofert, proces zakupowy albo negocjacje handlowe.
Ale jednak coś tu zgrzyta. Zwłaszcza jak ma się lekko prawnicze zacięcie.
Przedstawiciele branży offshore wind i szeroko pojętej gospodarki morskiej powinni mówić precyzyjnie. Nie dlatego, że każdy panel ma brzmieć jak komentarz do Kodeksu cywilnego. Raczej dlatego, że w tej branży słowa często zamieniają się w zobowiązania. A zobowiązania — w pieniądze, terminy, roszczenia i odpowiedzialność.

Kontraktacja, czyli nie wszystko, co brzmi kontraktowo, jest kontraktowaniem
Zacznijmy od „kontraktacji”.
W języku potocznym ktoś może powiedzieć: „jesteśmy na etapie kontraktacji wykonawców”. I wiadomo, że chodzi o to, że spółka prowadzi rozmowy, negocjuje warunki i zawiera umowy.
Problem w tym, że w prawie cywilnym kontraktacja nie jest eleganckim synonimem kontraktowania.













